Polish Czech English French German Italian Portuguese Russian Spanish Turkish

Nie ma reguły

07. 08. 01
Wpis dodał: Kulashaker
Odsłony: 5954
nie_w_toni
 
Niewiele jest gatunków ryb w naszych wodach, które byłyby tak kapryśne i trudne do złowienia jak płocie. Oczywiście nie mówię tu o rybim drobiazgu ale o osobnikach okazowych. Pomimo tego, że płoć można uznać za najbardziej rozpowszechniony gatunek, występujący właściwie w każdym rodzaj wód śródlądowych wędkarze wyjątkowo rzadko potrafią złowić naprawdę rekordowe egzemplarze. Na pewno wpływ ma na to relatywnie wolne tempo wzrostu. W zależności od warunków akwenu, w którym przebywają, płocie do osiągnięcia masy 500 g potrzebują od pięciu do dziesięciu lat.
 
Tak długi okres konieczny do osiągnięcia imponujących rozmiarów sprawia, że płociowi specjaliści, mogący się pochwalić sztukami o masie przekraczającej kilogram, otaczani są nie mniejszym podziwem i szacunkiem jak łowcy kilkunastokilogramowych karpi czy szczupaków. Wiąże się to właśnie z faktem, że pomimo iż płoć występuje jako ryba stadna i daje się z powodzeniem łowić przez cały praktycznie sezon to każdy niuans zastawu, taki jak rozłożenie obciążenia czy grubość przyponu, może zdecydować o wynikach łowienia, zupełnie odwracając końcowy efekt. To samo dotyczy doboru przynęt i zanęt. Płocie odżywiają się zarówno pokarmem roślinnym, na przykład glonami, jak i zwierzęcym, głównie larwami owadów i ślimakami. Zwyczaje pokarmowe płoci są bardzo charakterystyczne. Zwykle stado płoci unosi się w toni wodnej i wychwytuje pokarm niesiony przez prąd rzeki lub też unoszący się ponad dnem jeziora.
Zdarza się tez oczywiście, choć nie jest to przypadek częsty, że płocie szukają pokarmu penetrując dno. Czasami efekt taki możemy osiągnąć, gdy trafimy z zanętą wyjątkowo precyzyjnie w upodobania płoci żerujących w naszym łowisku. Kiedyś, wczesną wiosną łowiłem w wielkim zbiorniku zaporowym. Zabrałem ze sobą niewiele zanęty, w myśl zasady, że o tej porze roku żerujące w chłodnej jeszcze wodzie ryby nie potrzebują dużej ilości pokarmu. Brania były wyjątkowo dobre. Po trzech godzinach miałem na koncie siedem czy osiem pięknych płoci, niektóre blisko półkilogramowe. Ponieważ ryby zaskoczyły mnie nieco intensywnym jak na tę porę roku żerowaniem, zmuszając do ciągłego i bardzo częstego donęcania, ostatnią sztukę złowiłem już po wyczerpaniu zapasu zanęty. Dalszych brań nie miałem. Uznałem w końcu, że ryby nie mogąc znaleźć unoszących się w wodzie cząstek mojej zanęty opuściły łowisko, przenosząc się w inne miejsce. Kiedy przymierzałem się do opuszczenia stanowiska na powierzchni wody zaczęły pojawiać się niewielkie bąbelki, stopniowo było ich coraz więcej. Założyłem na haczyk pęczek ochotek i przesunąłem spławik tak aby przynęta znalazła się na dnie. Ponieważ płocie przez cały czas żerowały w pół wody, mniej więcej metr ponad dnem, pierwszą myślą było, iż na ich miejsce w resztki zanęty zagrzebane w mule wpłynęło sto poruszonych promieniami wiosennego słońca leszczy. Może dlatego byłem nieco zdziwiony gdy po zacięciu pierwszego brania wyholowałem ładną płoć, wcale nie mniejszą od poprzednich. Przez następną godzinę, pozbawiony zanęty, wyholowałem jeszcze sześć dorodnych ryb. Wszystkie wzięły na przynętę położoną na dnie. Stado płoci, które zwabiłem w łowisko musiało być po prostu bardzo duże. Ilość zanęty, którą zjadły zanim opadła na dno, była dla tylu ryb jedynie drobną przekąską. Wyjątkowo ciepły i słoneczny dzień rozbudził widocznie ich apetyty do tego stopnia, że zaczęły w niezbyt typowy dla siebie sposób schodzić w poszukiwaniu smakowitego pokarmu coraz głębiej. Kiedy już znalazły jego całkiem spory zasób na dnie zbiornika żerowały tam, dopóki nie zjadły całego pokarmu.
 
roach
 
W wyjątkowych sytuacjach miałem także okazję zaobserwować żerowanie średniej wielkości płoci na powierzchni wody. Miało to miejsce w niewielkiej rzeczce, o bardzo przejrzystej wodzie. Pod koniec maja roiły się jakieś owady. Polowałem wówczas na klenie. W pewnym momencie zauważyłem, że kilkadziesiąt metrów od mojego stanowiska, w pobliżu zwieszających się nad wodą gałęzi oczkują pięknie jakieś ryby. Zebrałem sprzęt i ostrożnie zbliżyłem się do tego miejsca. W okularach polaryzacyjnych widziałem jak co chwilę niezbyt duże ryby podpływały pod powierzchnię, chwytały owada i błyskawicznie zanurzały się w głębszą wodę. Początkowo byłem przekonany, że mam do czynienia z jelcami, ale gdy zobaczyłem sztukę mniej więcej trzydziestocentymetrową zmieniłem zdanie. Kilkanaście metrów powyżej wrzuciłem do wody małą kulkę lekko sklejonej zanęty. Trochę mielonych sucharów i słonych paluszków wzbogacone mąką kukurydzianą i arachidową, bez środków aromatyzujących. Gdy chmura drobin przepływała obok miejsca, w którym ryby wyłapywały spadające owady, od dna oderwało się kilka sporych cieni. Maiłem pod ręką jedynie kleniowy zestaw z kulą wodną, więc nim właśnie się posłużyłem. Już przy pierwszym przepuszczeniu zestawu na dość wolnym w tym miejscu prądzie na przynętę, którą były dwa castery połakomiła się pierwsza sztuka. Podejrzewałem, że mogą to być nieduże klenie lub jazie. Moje zdziwienie było naprawdę wielkie, kiedy po chwili holowałem do brzegu piękną, prawie półkilogramową płoć. Przerwa w braniach mimo wrzucenia w łowisko dalszych porcji zanęty, była dość duża, widocznie dziwne zachowanie towarzyszki spłoszyło resztę stada ale przed wieczorem złowiłem jeszcze trzy sztuki. Były co prawda sporo mniejsze od tej pierwszej ale przyznacie chyba, że mimo to całe zdarzenie było niesamowite.

Partnerzy

https://www.moczykije.pl/sztuka-wedkowania/167-nie-ma-reguly.html
Do góry