Polish Czech English French German Italian Portuguese Russian Spanish Turkish

Polowanie na głowatkę

08. 02. 19
Wpis dodał: Kulashaker
Odsłony: 6583
otwarcie_sezonu 
 
Nie mogę zasnąć... Nie, to nie buzujący w głowie szampan, ani odgłosy sylwestrowych emocji. W mej głowie kołacze zgoła co innego... Taka przynęta, ten woblerek, może pod krzaczkiem, a może z dociążeniem, Rega czy Parsęta, będą ryby czy nie? Choroba zwana wędkarstwem daje znać o sobie. Około 4 nad ranem zasypiam. Już nie pamiętam czy ułożyłem cały plan wyprawy, czy po prostu padłem ze zmęczenia.
 
Rano wsiadam w pociąg do Świnoujścia. Ludzi mało, a Ci co są jakoś dziwnie na mnie patrzą. Wielki plecak, w prawej ręce wędka, w lewej wodery. Cóż jak na 1 stycznia to trochę niecodzienny widok – przynajmniej w głębi lądu. W końcu docieram na miejsce. Jeszcze tylko przeprawa promem i już widzę uśmiechniętego od ucha do ucha wielkoluda. Tak to musi być on – KOMANCZ. W sumie znamy się niewiele. Ot kilka raptem godzin spędzonych nad Wygoninem. Jednak radość ze spotkania jest wielka. Przyjacielski uścisk, spojrzenie i wszystko jasne. Ten sam świr zaszczepiony gdzieś głęboko w każdym z nas. To samo marzenie – spotkania się z wielką rybą. Poznaję wspaniałą rodzinę Roberta – przeuroczą żonę i dwójkę przesympatycznych dzieci. Opowieści zdają się nie mieć końca i co rusz powraca jedyny słuszny temat. Późnym wieczorem odwiedza nas jeszcze Paweł, z którym dogadujemy szczegóły wyjazdu.
 
2 stycznia 2004, po wykupieniu znaczków w miejskim kole PZW stawiamy się nad Regą tuż poniżej Trzebiatowa. Choć wieści nie wróżą wielkiego sukcesu, pierwszego dnia nic jest w stanie nas złamać. Drużyna w składzie: Robert (Komancz), Paweł (Jakubek), Grzesiek (Grisza), dwóch Janów (Ojciec Pawła i nie wędkujący leśnik) jak również niżej podpisany, w pełnej gotowości bojowej. Jeszcze tylko łyczek „gorzkiego napoju rozgrzewającego żołądek” i każdy mknie czym prędzej do wody. Pierwsze rzuty, jeszcze mało precyzyjne, bez wyczucia, lecz co najważniejsze pełne nadziei. U każdego z nas na końcu zestawu wisi Salmiak. Komancz tradycyjnie dużym tonącym szerszeniem GT, Paweł - okonkiem SDR, Grisza – podobnie. Ja zakładam pomarańczowego horneta. Pogoda wyśmienita, szaro od czasu do czasu prószy śnieżek Spotykamy pierwszych ludzi, podobnie jak my ogarniętych trociowym szałem. Relacje raczej nie napawają optymizmem, pojedyncze małe ryby i potwierdzenie że na Redze sezon trwał cały rok (ktoś powinien za to oberwać). Pusto. Nikt jednak nie rezygnuje. Zmieniamy przynęty, techniki prowadzenia, „a nóż” któryś z nas okaże się tym szczęśliwcem, któremu jednak uda się przechytrzyć jakąś biedną zabłąkaną rybkę, która jakimś cudem uniknęła sieci, samołówek i prądu. 
 
Przyszedł czas na ognisko. Nikogo nie będę przekonywał, że te same kiełbaski jedzone nad wodą smakują o niebo lepiej. Zabrakło chleba, został na drugiej stronie rzeki, ale nikomu to nie przeszkadza. Żarty i dobra zabawa nie mają końca. Wspólnie postanawiamy popołudniową turę spędzić nieco wyżej. Walczymy do zachodu słońca, rumieńce, zmarznięte nosy i tylko żal, że ryb zabrakło. 
 
Śpimy w Trzebiatowie, choć trzeba się przyznać, że po długim wieczornym „biesiadowaniu” snu nie pozostało za wiele. W między czasie dochodzą wieści z nad Parsęty. Ryby gryzą, padają komplety kolega Marek z Gdańska też może pochwalić się 2 kilogramową rybą. Dłużej nie trzeba nas przekonywać, tym bardziej że umówieni jesteśmy z Rafałem (Orionem). Wszyscy będziemy nad Parsętą pierwszy raz i wszyscy na koniec potwierdzimy że Orion wraz z kolegą Krzyśkiem to doskonali przewodnicy. 
 
3 stycznia Parsęta. Spotykamy się wszyscy w Ząbrowie. Tłumy wędkarzy przewijają się brzegami za sprawą organizowanych tam zawodów. Uciekamy jak najdalej się da, w rewiry sprawdzone przez naszych Koszalińskich kolegów. Na wstępie Krzysiek przyznaje się że ubiegłego dnia złowił w tym miejscu trotkę. Rzeka o wiele ciekawsza, dzika, bardziej urozmaicona. Rafał z Krzyśkiem dokładnie wskazują co ciekawszy dołek, pobudzając naszą wyobraźnię historiami związanymi z danym miejscem. Dochodzimy do miejsca zwanego „Topole”. Nie trzeba było mówić że co roku pada tu sporo ryb. Miejsce aż pachnie trocią. Każdy z nas staje za kolejnym drzewem i systematycznie obławia, kawałek po kawałku swoją część wody. Wykonuję kolejny rzut. Tym razem prawie nie zwijam żyłki. Wybieram tylko luz pozwalając woblerowi spokojnie spływać wachlarzem pod mój brzeg. W połowie drogi czuję jakby coś dodało przynęcie kilka kilo. Wrażenie jakby ryba położyła się na przepływającym woblerze. Zacinam i siedzi. Krzyczę że mam rybę. Mam, w końcu moja! Serducho przyspiesza przynajmniej dwukrotnie. Docinam na wszelki wypadek i patrzę że żyłka szybko wypływa do powierzchni. Zanim zdążyłem zareagować, podziwiam piękną święcę i... spadający wobler tuż obok ryby. 
 
Nie chce mi się wierzyć.... Jeszcze złudne podciągnięcie z beznadziejną wiarą, że może jakimś cudem coś jeszcze wisi na haku. Nie była duża. Nie musiała być. Siadam na śniegu... Totalna załamka... Przez parę minut mam dość wszystkiego. Przegrywam z upragnioną rybą... W ubiegłym roku na drodze do szczęścia stanęła zbyt mała kotwiczka muchy tubowej, tym razem nie potrafię nawet znaleźć przyczyny niepowodzenia. 2-0 dla ryb i wciąż jestem bez troci. Zabraknie zdjęcia z rybą, wieńczącego nasze spotkanie. Do końca dnia nie dane nam było spotkanie z trotką. Wieczorem odwiedziliśmy jeszcze „Daszewskie Łąki”, jednak z każdym kolejnym rzutem czar pryskał. 
 
Chłopcy byli tu jeszcze następnego dnia. Ja musiałem wracać do Wrocka. Nie dane nam było poczuć zapachu ryby. Nic to! Uda się w przyszłym roku. Spędziłem wspaniałe dni, w wyśmienitym towarzystwie, nad pięknymi rzekami. Wierzę, że spotkamy się jeszcze nie raz i podczas następnej wyprawy to my będziemy górą.
 
Mateusz Baran „baloo”  

Partnerzy

https://www.moczykije.pl/wyprawy-wedkarskie/231-polowanie-na-glowatke.html
Do góry