Polish Czech English French German Italian Portuguese Russian Spanish Turkish

Metoda szoku

07. 05. 08
Wpis dodał: Kulashaker
Odsłony: 6713
kule Za ciekawy przykład może posłużyć opis zdarzenia, które miało miejsce pod koniec lat osiemdziesiątych. Wybrałem się z kolegą, początkującym wędkarzem, na jedno z popularnych karpiowych łowisk. Był to niewielki, niespełna sześciohektarowy zbiornik, bardzo płytki (1 - 1,5 metra) i silnie zarośnięty. Dominowała przybrzeżna trzcina i rogatek, zaściełający dno. Był upalny, lipcowy dzień, temperatura wody już kilka tygodni wcześniej przekroczyła granicę 20 stopni Celsjusza.
 
Na bardziej dostępnym brzegu, mniej bogatym w krzaki i drzewa, prawie wszystkie stanowiska były już zajęte - nic dziwnego, mój kolega nie należał do zwolenników porannego wstawania, stąd też dotarliśmy nad wodę dopiero o siódmej. kiedy w końcu znaleźliśmy wolne miejsce, przygotowałem surowce na około dwa kilogramy zanęty i zostawiłem je kompanowi do wymieszania, oczywiście tylko na sucho. Sam postanowiłem dowiedzieć się czegoś o wynikach sąsiadów.  Po rozmowie z dwoma wędkarzami ustaliłem, że łowili oni na średniej wielkości, czternastomilimetrowe kulki proteinowe i nęcili tymi samymi kulkami. Łowisko przygotowywali już od kilku dni. Obaj mieli po jednym karpiu, większa z ryb miała może trzy kilogramy. Wracając na swoje stanowisko układałem sobie w głowie strategię nęcenia. Karpie przyzwyczajone do dobrego pożywienia w postaci wysokobiałkowych kulek nie dadzą się łatwo przywabić, tym bardziej, że tego dnia rozpoczęły już żerowanie i odnalazły w znanym sobie miejscu smakowite kąski. Uznałem, że ich zainteresowanie może wzbudzić jedynie coś szokującego. Zanim dotarłem na miejsce wiedziałem już, co zrobię. Przyniosłem z samochodu resztę spreparowanych składników. W sumie w wiaderku wymieszałem 2,5 kg pieczywa, 1 kilogram biszkoptów, 1 kilogram kaszy kukurydzianej i nieco mąki archaidowej.  Wrzuciłem do tego 2 kilogramy kukurydzy konserwowej i pół litra casterów. Dodałem też więcej wanilii niż normalnie o tej porze roku oraz 50 g karmelu. Zanętę nawilżaliśmy bardzo mocno, aż do momentu, gdy większa zawartość wody uniemożliwiłaby formowanie porcji do wrzucenia w łowisko. Postanowiłem tez podać rybom całość przygotowanej mieszanki od razu, na początku wędkowania, zostawiając tylko część kukurydzy i casterów na haczyk. Ponieważ nie chcieliśmy zbytni hałasować i wrzucaliśmy zanętę małymi kulkami, cała zabawa przeciągnęła się prawie do dziewiątej. Gdyby nie oddzielające nas od sąsiadów trzciny, moglibyśmy z pewnością przyjrzeć się ich zgorszonym minom. Przyjąłem założenie, że nęcił będę precyzyjnie procą w jednym punkcie, odległym około dwudziestu metrów od brzegu, a mój kolega, nie mający wprawy w posługiwaniu się procą, chcąc nie chcąc zapewni rozłożenie części zanęty na nieco większym obszarze. Widziałem w swojej wyobraźni, co dzieje się w wodzie. Od samej powierzchni aż do dna unoszą się mikrocząsteczki pachnącej, drażniącej ryby zawiesiny. Wśród tej chmury, w kierunku dna pokrytego już dywanem kukurydzy, powoli opadają castery. To po prostu musiało zadziałać. Woda była bardzo ciepła, karpie szybko trawiły pokarm i potrzebowały wielkiej ilości pożywienia. Czułe, że pierwsze branie będzie tylko kwestią czasu i to niezbyt długiego. karpPo dwóch godzinach zacząłem nieco powątpiewać w słuszność swoich domysłów, nie mówiąc już o koledze, który z zazdrością patrzył, jak jeden z sąsiadów holuje kolejną rybę. Zza trzcin była widoczna prawie cała wędka, która uginała się wspaniale, amortyzując zrywy walczącego karpia. W kilka minut po tej scenie coś wreszcie zaczęło się dziać i w naszym łowisku. W zanęconym miejscu pojawiły się bąbelki gazu. Chwilę później powierzchnia wody wyglądała już jakby na dnie buszowało stado dzików i wtedy rozpoczęła się seria brań. Do późnego popołudnia złowiliśmy czternaście karpi, większość o masie 2,5 kilogramów, ale największy, którego zważyłem na podręcznej wadze, miał prawie osiem kilogramów. Przez ostatnią godzinę mieliśmy nawet kibiców. Nasi sąsiedzi po prost złożyli sprzęt  i przyszli zobaczyć, w jaki sposób udało nam się dokonać takiego pogromu.
 
Historia zaczerpnięta z wędkarskiego życiorysu Wolfganga Rudigera Kremkusa, tłumaczenie Artur Szałkowski "Sztuka nęcenia".

 

Partnerzy

https://www.moczykije.pl/przynety-i-zanety/142-metoda-szoku.html
Do góry