
Mazury jako kraina ryb i wody – jak wyglądało wędkarstwo dawniej
Mazury kojarzą się dziś głównie z turystyką, żaglówkami i weekendowymi wyprawami na ryby. Przez większą część historii były jednak przede wszystkim krainą ludzi żyjących z wody: rybaków, flisaków, przewoźników. Wędkarstwo na Mazurach dawniej nie było hobby. Było zawodem, rzemiosłem i sposobem na przeżycie całych rodzin oraz wsi. Zwykła wędka, sieć czy niewielka łódź decydowały o tym, czy będzie co jeść zimą.
Na jeziorach mazurskich przez wieki mieszały się tradycje Prusów, Mazurów, Kurpiów, osadników z różnych regionów Polski i z Niemiec. Każda z tych grup wnosiła do rybołówstwa własne nazwy, narzędzia, a nawet przesądy. Z tego zderzenia stylów powstał swoisty, lokalny kod: charakterystyczne kształty łodzi, określone rodzaje sieci oraz rytuały związane z rozpoczęciem sezonu połowów.
Dawne mazurskie wędkarstwo, a w szerszym znaczeniu także rybołówstwo, podporządkowane było surowym warunkom przyrody. Długie zimy z grubym lodem, gwałtowne burze, nagłe załamania pogody i rozległe, płytkie zatoki wymuszały ostrożność. Rybackie sprzęty konstruowano tak, by z jednej strony były solidne, z drugiej – na tyle lekkie, by dało się je w razie potrzeby przenieść, przeciągnąć przez ląd lub szybko naprawić w polowych warunkach.
Ważnym tłem były także przepisy i zwyczaje własnościowe. Jeziora miały właścicieli – czasem byli to chłopi, częściej właściciele majątków ziemskich, klasztory, później państwo. Rybołówstwo odbywało się więc w ramach nadanych praw, dzierżaw i przywilejów, co wpływało zarówno na rodzaj używanego sprzętu, jak i na skalę połowów. Obok zawodowych rybaków istnieli drobni użytkownicy wód: miejscowi chłopi, rzemieślnicy oraz nieliczni „wędkarze dla przyjemności”, głównie ziemianie i mieszczanie.
Dawne mazurskie wędkarskie zwyczaje tworzyły osobny świat: od specyficznego słownictwa na łodzi, przez zakazy gwizdania przy połowie, po ofiarne wrzucanie pierwszej złowionej ryby z powrotem do jeziora. Część z tych tradycji nie przetrwała, inne w zmienionej formie funkcjonują do dziś, często nieuświadomione przez współczesnych wędkarzy.

Łodzie mazurskich rybaków i wędkarzy – konstrukcje stworzone przez jeziora
Bez łodzi nie byłoby wędkarstwa na Mazurach. To od ich konstrukcji, wytrzymałości i zwrotności zależało bezpieczeństwo ludzi, skuteczność połowu oraz możliwość dotarcia do najbogatszych w ryby partii jezior. Dawne mazurskie jednostki różniły się od znanych dziś jachtów czy plastikowych łódek – były prostsze, ale bardzo przemyślane.
Tradycyjne łodzie klepkowe – robione „pod jezioro”
Najbardziej charakterystyczną jednostką używaną przez dawnych rybaków na Mazurach była łódź klepkowa, budowana z drewnianych desek (klepek), łączonych na zakładkę. Wybierano zazwyczaj drewno sosnowe lub świerkowe na poszycie, a dąb lub jesion na elementy konstrukcyjne narażone na większe obciążenia. Taka łódź była na tyle lekka, by dwie osoby mogły ją przeciągnąć po brzegu, a jednocześnie wystarczająco mocna, by radzić sobie z falą na większych jeziorach.
Kształt łodzi nie był przypadkowy. Na szerokich i płytkich jeziorach stawiano na płaskie dno i niewielki zanurzenie, dzięki czemu jednostka nie „szorowała” po mieliznach i łatwiej można ją było wysunąć na brzeg. Na głębszych akwenach, gdzie częściej występowały silne wiatry i wyższa fala, burty budowano nieco wyższe, a dziób bardziej uniesiony, by łódź lepiej przecinała wodę i chroniła przed zalewaniem.
Tradycyjne łodzie były budowane lokalnie – przez cieśli, którzy oprócz stawiania domów potrafili też wysztorcować kadłub. Nierzadko wzorowano się na sprawdzonych jednostkach sąsiadów. Jeśli ktoś miał „szczęśliwą łódź”, której nie dotknęła większa awaria i z której stale wracało się z ładunkiem ryb, inni starali się skopiować jej linie kadłuba. W ten sposób praktyka kształtowała lokalne „szkoły” budowy łodzi.
Do napędu używano przede wszystkim wioseł. Wiosłowano stojąc lub siedząc, w zależności od sposobu połowu. Przy zastawianiu sieci wiosła służyły do cichej, powolnej pracy, tak aby nie płoszyć ryb – dobry wioślarz potrafił przesunąć łódź niemal bez plusku. Przy nocnych połowach lub w czasie mgły wiosłowanie wymagało szczególnej ostrożności, by nie wejść na mieliznę czy nie zahaczyć o cudze narzędzia.
Płaskodenne „bajboki” i proste dłubanki
Poza łodziami klepkowymi na Mazurach funkcjonowały również prostsze jednostki, często o bardzo lokalnym zasięgu. Na mniejszych jeziorach i w zatokach wykorzystywano różne warianty płaskodennych łódek, przypominających współczesne „pychówki”. Ich konstrukcja była minimalistyczna: kilka desek, proste wzmocnienia, czasem tylko jeden poważniejszy wręg w środkowej części.
Takie łodzie, nazywane lokalnie rozmaicie (w niektórych wsiach mówiono o „bajbokach”), były doskonałe do pracy na trzcinowiskach i płyciznach. Prowadzono je głównie na pych, czyli przy użyciu długiego drąga opartego o dno. Pychacz stał z przodu, wbijał drąg w dno i odpychał łódź do tyłu, poruszając się przy tym po dnie jednostki. Ta technika pozwalała na ciche i precyzyjne manewrowanie wśród trzcin, co było kluczowe przy zastawianiu żaków, potrzasków czy drobnych sieci.
W najuboższych wsiach spotykało się jeszcze dłubanki – łodzie wykonane z jednego pnia drzewa wydrążonego dłutem i siekierą. Nie były one tak rozpowszechnione jak na niektórych rzekach Polski, bo Mazury oferowały stosunkowo łatwy dostęp do tarcicy, ale w miejscach z dobrym surowcem (duże, proste pnie) i brakiem wyspecjalizowanego cieśli dłubanka była bardzo praktyczną alternatywą.
Dłubanki cechowała duża wytrzymałość i prostota naprawy. Jeśli kadłub pękł, stosowano zszywanie drewnianymi kołkami lub metalowymi klamrami. Choć były cięższe niż łodzie klepkowe, dobrze znosiły przypadkowe uderzenia o kamienie czy korzenie pod wodą, co na jeziorach z rozległymi płyciznami miało znaczenie.
Wyposażenie łodzi – co zawsze musiało być na pokładzie
Dawna mazurska łódź, niezależnie od typu, miała pewien stały zestaw wyposażenia, bez którego porządny rybak czy wędkarz nie wypływał na wodę. Nie były to nowoczesne gadżety, lecz proste, praktyczne narzędzia:
- czerpak – najczęściej drewniany, z wyżłobionego kawałka pnia, służył do wybierania wody z dna łodzi podczas fali i deszczu;
- kotwica – w najprostszej wersji ciężki kamień przywiązany do liny; w bogatszych gospodarstwach metalowa kotwica wieloramienna;
- łopata lub hook – krótki bosak do odpychania od pomostu, przesuwania sieci czy podciągania lin;
- skrzynia lub skrzynka – na drobny sprzęt: haki, żyłki, zapasowe linki do sieci, drobne narzędzia naprawcze;
- latarnia lub kaganiec – przydatne przy połowach nocnych i powrotach po zmroku;
- wiadro – na żywca, wodę do przemycia ryb, a w razie potrzeby dodatkowy czerpak.
Na dłuższe połowy zabierano też prowiant: chleb, słoninę, cebulę, czasem flaszkę nalewki lub wódki „na odwagę” i dla rozgrzania. Na dnie łodzi często leżała stara mata, worek lub pęk trzcin, na którym rybak mógł na chwilę przysiąść czy położyć się w oczekiwaniu na odpowiednią porę ściągania sieci.
Dobrze wyposażona łódź i rozumne korzystanie z niej tworzyły podstawę bezpieczeństwa. Na Mazurach wszyscy znali opowieści o tych, którzy wyszli „z gołymi rękami” i prostą łódką w złą pogodę – nie zawsze wracali.

Sieci i inne narzędzia połowu – jak łowiono ryby w mazurskich jeziorach
Wędkarstwo na Mazurach dawniej opierało się nie tylko na wędce. Głównym narzędziem zawodowych rybaków były sieci w różnych odmianach, a obok nich cały wachlarz pułapek, koszy, żaków i potrzasków. Wykorzystywanie tych narzędzi wymagało znajomości zwyczajów ryb, sezonowości, głębokości jezior i rozmieszczenia trzcinowisk.
Klasyczne sieci stawne – sposób na sandacza, szczupaka i leszcza
Sieci stawne (wonki) należały do podstawowego wyposażenia większości mazurskich rybaków. Były to długie płachty siatki, rozpinane za pomocą pływaków (korek, drewno, styczność z późniejszymi materiałami sztucznymi) od góry i obciążników (kamienie, ołów, gliniane ciężarki) przy dolnej listwie. Sieć ustawiano poprzecznie do przewidywanego kierunku wędrówki ryb, często równolegle do pasa trzcin.
Wielkość oczek dostosowywano do gatunku i rozmiaru ryb. Do leszcza i płoci stosowano sieci o średnim oczku, do szczupaka i sandarza – o większym, które pozwalało uniknąć wyłapywania narybku. Sieć zostawiano na wodzie przez noc lub przez kilka godzin w porze przewidywanego żerowania ryb. Nad ranem rybacy ruszali łodziami w ściśle ustalonej kolejności, by nie plątać sobie sprzętu.
Rozstawianie sieci wymagało dobrej organizacji. Jedna osoba prowadziła łódź, druga stopniowo wypuszczała siatkę, pilnując, by nie powstały supły ani nadmierne skręcenia. Czasem używano trzeciej osoby, zwłaszcza przy długich sieciach lub trudnych warunkach. Sieci stawne wizytowano regularnie – częściowo ze względów gospodarczych (by ryba nie zdążyła się zepsuć), częściowo po to, by ograniczać straty w sprzęcie spowodowane przez duże drapieżniki czy przypadkowe zahaczenia.
Dawne mazurskie wędkarstwo w wydaniu zawodowym obejmowało cały system rotacji sieci: jedne płachty suszyły się na brzegu, inne były w naprawie, kolejne w tym czasie pracowały w jeziorze. W dobrze zarządzonym gospodarstwie rybackim sieci rzadko leżały bezużytecznie – stale były w ruchu.
Żaki, wiersze i inne pułapki – cicha praca przy trzcinach
Nie wszystkie mazurskie połowy polegały na zastawianiu długich sieci. Szczególnie na płytkich zalewach i w pobliżu dopływów jezior używano licznych pułapek stacjonarnych, które same „pracowały” przez długie godziny, czasem dni. Najbardziej znane były:
- żaki – kosze z siatki lub wikliny, o stożkowatym kształcie, z wąskim wlotem, przez który ryby mogły wpłynąć, ale miały trudność z wydostaniem się;
- wiersze – długie wiklinowe kosze, popularne także na rzekach, używane do połowu płoci, karasia, leszcza;
- kosze i potrzaski – mniejsze pułapki, często własnej roboty, nastawiane w wąskich przejściach między trzcinami.
Ustawianie żaków i wierszy wymagało znajomości miejscowych „dróg ryb”. Rybacy obserwowali ruch wody, ukształtowanie dna i roślinność. Wiedzieli, że w czasie wiosennej migracji ryby wchodzące z jeziora w rozlewiska szukają najkrótszych przejść przez pas trzcin. Te wąskie gardła były naturalnymi punktami do zastawienia żaka.
Pułapki często przymocowywano do palików wbitych w dno, tworząc całe „ogrodzenia wodne” – systemy prowadnic, które kierowały ryby do wnętrza wiersza czy żaka. Przy niektórych konstrukcjach stosowano przynęty roślinne lub resztki pokarmowe, ale zwykle wystarczało odpowiednie ustawienie względem nurtu i roślinności.
Rybacy obchodzili takie pułapki regularnie: wiosną i latem – codziennie, jesienią rzadziej, w zależności od intensywności ruchu ryb. Przy okazji kontrolowali stan sprzętu: czy nie został uszkodzony przez bobry, wydry, szczupaki lub wędkarzy amatorów, którzy czasem nielegalnie wybierali zawartość cudzych narzędzi.
Niewody i ciągnione sieci – praca na większą skalę
Gdy trzeba było złowić naprawdę dużo ryby naraz – na przykład na potrzeby majątku ziemskiego, spółdzielni czy masowego solenia – sięgano po niewody, czyli wielkie sieci ciągnione. To już nie była robota dla dwóch ludzi w małej łódce, lecz zorganizowane przedsięwzięcie kilku, a czasem kilkunastu osób.
Niewód miał postać długiej, skrzydlatej sieci z zagęszczeniem w części środkowej (tzw. worek). Dwa końce liny niewodu trafiały na przeciwległe brzegi zatoki lub rozległej przybrzeżnej płycizny. Jedna łódź wypływała z brzegu, rozwijając sieć po łuku, druga lub grupa ludzi na brzegu czekała z drugim końcem liny. Po okrążeniu wybranego fragmentu wody zaczynało się powolne ściąganie, najczęściej rękami, rzadziej przy użyciu prostych kołowrotów czy koni.
Praca wymagała synchronizacji: zbyt szybkie ciągnięcie z jednej strony prowadziło do fałdowania sieci i ucieczki ryb. Starsi, doświadczeni rybacy komenderowali: pokrzykiwali rytmicznie, wyznaczali tempo, pilnowali, by dolna krawędź sieci (z obciążnikami) szorowała po dnie, a górna utrzymywała się na powierzchni. W miarę jak niewód zacieśniał krąg, w wodzie robiło się coraz więcej ruchu – stada leszczy, płoci czy sielawy kotłowały się w „worku”.
Ostatni etap, tzw. wybranie niewodu, odbywał się na płyciźnie przy brzegu. Ludzie stali po kolana w wodzie, trzymając liny i boki sieci, powoli podciągając ją ku sobie. Ryba szumiała, chlustała, czasem wybijała się nad powierzchnię. Trzeba było uważać, by nie nadepnąć na ostre kamienie ani na wystające żebra starych pomostów, których na Mazurach nigdy nie brakowało.
Niewody stosowano zwykle sezonowo: podczas wiosennych i jesiennych wędrówek ryb, gdy gromadziły się w zatokach i przy ujściach rzek. Była to metoda bardzo skuteczna, dlatego w wielu okresach podlegała różnym ograniczeniom i reglamentacji – nie każdy mógł taką sieć posiadać i używać, zwłaszcza na pańskich jeziorach czy wodach dzierżawionych przez większe gospodarstwa rybackie.
Po połowie niewód rozwieszano na wysokich, specjalnie ustawionych palach – tworząc charakterystyczne „kurtyny” nad brzegiem jeziora. Sieć trzeba było osuszyć, przepłukać i przejrzeć. Uszkodzone fragmenty łatano na miejscu, przy pomocy igły sieciowej i szpagatu, by gotowe były na kolejne „ciągnięcie”.
Wędki, tyczki i sznury – sprzęt wędkarski zwykłych gospodarzy
Obok dużych narzędzi sieciowych istniał świat drobniejszego, bardziej „codziennego” wędkowania. Zwykły gospodarz, który nie miał prawa czy potrzeby stawiać sieci, korzystał z prostych wędek, tyczek i sznurów. Sprzęt był tani, wykonywany samodzielnie, często z tego, co dała okolica.
Najpowszechniejsza była prosta tyczka z leszczyny, wierzby lub jałowca. Końcówkę wygładzano nożem, na szczycie mocowano pętlę z łyka albo drutu, do której przywiązywano żyłkę (kiedyś lnianą lub konopną, później bawełnianą, dopiero z czasem nylonową). Haczyk kupowano u kowala lub w sklepie żelaznym, w biedniejszych domach stosowano własnoręcznie wygięty drut, naostrzony pilnikiem.
Do połowu z brzegu i z pomostów używano wędek „gołych” – bez kołowrotka. Łowiono głównie płoć, krąpia, małego leszcza, okonia. Przynętą były dżdżownice z ogrodu, larwy z gnojnika, ciasto z mąki i wody, a przy połowie okonia – żywiec: mała rybka na haczyku. W letnie popołudnia wokół pomostów na mazurskich jeziorach często stało po kilku chłopaków z takimi właśnie tyczkami, którzy uczyli się cierpliwości i „czytania spławika”.
Drugim popularnym narzędziem były sznury z haczykami – proste, choć dość skuteczne. Mocną linkę rozciągano równolegle do brzegu lub wzdłuż krawędzi trzcin, a co kilkadziesiąt centymetrów wiązano krótkie przypony z haczykami. Na nie zakładano przynętę: rosówkę, fragmenty ryb, drobne rybki – w zależności od tego, czy celem był węgorz, miętus, czy mniejsze ryby spokojnego żeru. Sznury zastawiano wieczorem i wybierano o świcie, co wymagało dyscypliny: kto zaspał, ten znajdował często ogłodzone haki lub splątany zestaw.
Przy niektórych jeziorach zachował się zwyczaj używania tyczek podlodowych. Zimą, po wywierceniu przerębli, wstawiano w lód prostą podpórkę, na której opierano krótką wędeczkę z kołowrotkiem szpulowym lub zwykłym patykiem nawijakiem. Zestawy zostawiano na dłużej, doglądając ich co jakiś czas. Tak łowiono płocie, leszcze i okonie w okresach dobrej żerówki pod lodem.
Przynęty i zanęty – co lądowało na haczyku i w wodzie
Sprzęt to jedno, a umiejętność dobrania przynęty – drugie. Mazurscy wędkarze i rybacy korzystali w większości z tego, co mieli pod ręką. Zamiast kolorowych pudełek z przynętami było wiadro, łopata i trochę sprytu.
Najpowszechniejsze przynęty naturalne to:
- dżdżownice i rosówki – zbierane po deszczu na ścieżkach i łąkach, przechowywane w wilgotnej ziemi w piwnicy;
- larwy much i innych owadów – wybrane z odpadków, gnoju, starych rybich resztek;
- mięsień rybi lub skórka – szczególnie na okonia i węgorza;
- ciasto z mąki i wody, czasem z dodatkiem mleka lub oleju, formowane w małe kulki;
- ziarna zbóż – jęczmień, pszenica, groch gotowany na miękko, używane przy połowie leszcza i płoci.
Zanęcanie było proste, bez finezji znanej z nowoczesnych mieszanek. Wędkarze wrzucali do wody garść gotowanego ziarna, okruchy chleba, czasem rozrobione w wodzie ciasto. Na dłuższych zasiadkach, związanych z połowem leszcza, przygotowywano gęstą masę z otrąb, mielonego ziarna i gliny, wytwarzaną ręcznie w wiadrze. Z takiej masy lepiono kule, które opadały na dno i wabiły ryby zapachem i mętną smugą.
Przy połowach sieciowych przynęty stosowano sporadycznie. Raczej wykorzystywano wiedzę o migracjach i zachowaniu stada niż próbowano „wabić” rybę. Wyjątkiem były niektóre rodzaje żaków i potrzasków ustawianych w odnogach rzek lub przy młynówkach – tam wkładano do środka wiązki trawy, ziela lub odpadki kuchenne, które miały zatrzymać rybę na dłużej.
Sezonowość połowów – rok nad mazurskim jeziorem
Rybacy i wędkarze żyli rytmem pór roku. Każdy miesiąc przynosił inne możliwości i inne ograniczenia. Obserwacje przekazywano z ojca na syna, a kalendarz połowów był równie istotny jak kalendarz prac polowych.
Wiosna zaczynała się od topnienia lodu. Gdy tafla pękała i znikały kra lodowe, przychodził czas intensywnych przygotowań: naprawy sieci, smarowania łodzi, ustawiania pierwszych żaków przy ujściach strumieni. Wraz z podnoszącą się wodą do zatok wchodziły pierwsze stada płoci i leszcza, za nimi drapieżniki. W tym okresie szczególnie aktywne były ciągnione sieci i pułapki stacjonarne.
Latem najważniejsze były nocne połowy. W dzień ruch na wodzie, żar słońca i hałas nie sprzyjały sieciom przy samym brzegu, dlatego rybacy wypływali późnym wieczorem i pracowali do świtu. Ciepłe noce sprzyjały też amatorskiemu wędkowaniu z pomostów czy z łódek zakotwiczonych nieopodal trzcin. Łowiono na spławik, ale także na prostą gruntówkę z ciężarkiem z kamienia.
Jesień przynosiła najlepsze żniwa dla zawodowego rybaka. Wiele gatunków gromadziło się głębiej, przygotowując do zimy. To pora intensywnych połowów sandacza, siei i sielawy, często z wykorzystaniem dłuższych, głębiej stawianych sieci. W tym czasie organizowano większe niewody, zwłaszcza na jeziorach o łagodnie opadających brzegach.
Zima nie oznaczała końca wędkowania, choć zmieniał się charakter pracy. Gdy lód był wystarczająco mocny, zaczynała się „robota spod lodu”. W zawodowym rybołówstwie cięto w lodzie długie szczeliny piłami i siekierami, przeciągano pod pokrywą lodową sieci podlodowe, a następnie wyciągano je w odpowiednich miejscach. Był to ciężki, fizyczny trud, przy którym łatwo o odmrożenia czy wpadnięcie do wody.
Dla wędkarzy zima oznaczała wędkowanie z przerębli. Wędka była krótka, często z domowym spławikiem z kory lub gęsiego pióra. Łowiono okonie, płocie, czasem leszcze. Przerwy między braniami wypełniało dreptanie w miejscu, popijanie gorącej herbaty z dzbanka owiniętego w koc i pogaduszki z sąsiadem z sąsiedniej przerębli.
Zwyczaje, niewypowiedziane zasady i sąsiedzkie konflikty
Wędkarstwo i rybołówstwo na Mazurach nie istniały w próżni prawnej. Obowiązywały przepisy, ale równie silne były niepisane zasady ustalane przez lokalne społeczności. Kto je łamał, ryzykował nie tyle mandat, co ostracyzm i konflikty z sąsiadami.
Za podstawową regułę uważano szacunek do czyjegoś sprzętu. Sieci, żaki, wiersze – nawet jeśli nie były oznaczone tabliczką – miały swojego właściciela. Dobór boi, charakterystyczny sposób wiązania lin czy używane paliki były rozpoznawalne dla miejscowych. Dotknięcie cudzego żaka bez pozwolenia traktowano jak kradzież. Jeśli ktoś został przyłapany na takim postępku, mógł później nie dostać pomocy w czasie wichury na jeziorze lub w okresie niedostatku ryb.
Istniały również nieformalne strefy wpływów. Określone zatoki, ujścia strumieni czy pasy trzcin „przynależały” do konkretnych wsi lub gospodarstw. Nie oznaczano tego na mapach, ale każdy wiedział, gdzie „jest nasze”, a gdzie „obce”. Spory o to potrafiły trwać latami, szczególnie gdy w grę wchodziły gwarantowane coroczne połowy węgorza czy siei. Czasem kończyło się na głośnej sprzeczce nad wodą, czasem na przeniesieniu palików w nocy, a niekiedy na formalnej skardze do gminy.
Z drugiej strony istniała silna tradycja wzajemnej pomocy na wodzie. Jeśli łódź przewróciła się podczas wichury, nie patrzono na to, czy rybak jest „z naszej” czy „z tamtej” wsi. Każdy, kto mógł, szedł wiosłem lub pychem do pomocy. Zdarzało się też, że młodsi rybacy pomagali starszym rozplątywać sieci na brzegu w zamian za garść ryb lub parę prostych rad dotyczących dobrych łowisk.
W wielu miejscowościach obowiązywały także zwyczaje związane z „odpuszczaniem” niektórych miejsc. Na przykład zatoki, gdzie gniazdowało dużo ptaków wodnych, bywały okresowo wyłączane z intensywnych połowów, choć nie wynikało to z ustaw, lecz ze zwykłej rozwagi: „ptak też swoje musi mieć, bo inaczej i ryby mniej będzie”. Podobnie szanowano tarliska, rezygnując z ciężkich niewodów w okresach największej wędrówki ryb na płytkie, zarośnięte dno.
Ryba w gospodarstwie – od jeziora do stołu i na sprzedaż
Połowy kończyły się dopiero wtedy, gdy zagospodarowano złowioną rybę. Na Mazurach rzadko rybę traktowano wyłącznie jako „trofeum”. Był to przede wszystkim pokarm i towar. Sposób postępowania zależał od skali połowu, odległości od rynku zbytu i możliwości przechowywania.
W małych gospodarstwach większą część ryby przeznaczano na własny stół. Część zjadano od razu – smażoną na tłuszczu, gotowaną w zupie czy duszoną z warzywami. Nadmiar solono w drewnianych beczkach, zwłaszcza leszcza i płotkę. Ryby układano warstwami, przekładając solą i liśćmi laurowymi, a potem dociskano drewnianym krążkiem z kamieniem. W chłodnej piwnicy takie zapasy mogły przetrwać długie tygodnie.
Suszenie, wędzenie i kiszenie – dawne metody przechowywania ryb
Gdy połowy dopisywały, nawet największy apetyt domowników nie był w stanie nadążyć za ilością ryby. Wtedy do gry wchodziły tradycyjne sposoby konserwacji, dopasowane do warunków gospodarstwa i pory roku.
Najprostszą metodą było suszenie. Mniejsze ryby, jak płotki czy ukleje, patroszono, czasem lekko solono, a następnie nawlekano na sznurek lub rozpinano na cienkich patyczkach. Wieszano je pod okapem stodoły, na przewiewnym strychu lub przy kominie, gdzie było sucho i ciepło. Przez kilka dni wiatr i ciepło robiły swoje. Taka ryba stawała się twarda, lekka i mogła leżeć tygodniami. Przed jedzeniem moczono ją w wodzie, a potem smażono lub gotowano.
Drugą, bardziej „świąteczną” metodą było wędzenie. Przy niektórych gospodarstwach stały proste wędzarnie z cegły lub drewna, często służące jednocześnie do wędzenia mięsa i ryb. Na Mazurach szczególnie ceniono wędzonego węgorza, sielawę i leszcza. Ryby solono na sucho lub w solance, osuszano, a następnie zawieszano na hakach lub drążkach w komorze wędzarniczej. Pod spodem tlące się drewno olchowe, bukowe albo jałowiec dawały gęsty, aromatyczny dym.
Wędzenie bywało krótsze lub dłuższe. Ryby wędzone „na gorąco” zjadano w ciągu kilku dni – miały złotą skórę, miękkie mięso i intensywny zapach. Wędzenie „na zimno”, przy mniejszej temperaturze i przez dłuższy czas, pozwalało przechować rybę znacznie dłużej, zwłaszcza w chłodnej spiżarni. W niektórych wsiach do dziś wspomina się sobotnie popołudnia, gdy dym z kilku wędzarni unosił się nad całym przysiółkiem, zwiastując niedzielne uczty.
Mniej znaną, ale stosowaną metodą było kiszenie ryb, zwłaszcza drobnicy. Do beczki lub kamionkowego garnka wkładano warstwami ryby, sól, czasem ziarna koperku, czosnek, cebulę. Całość zalewano przegotowaną, lekko osoloną wodą, obciążano kamieniem i odstawiano w chłodne miejsce. Po kilku tygodniach otrzymywano produkt o intensywnym zapachu i smaku, który nie każdemu odpowiadał, ale zapewniał wartościowe pożywienie w okresie zimowego niedostatku.
W domach z lepszym dostępem do lodu budowano także lodownie. Zimą wycinano z jeziora duże bryły lodu i układano je w jamach wyścielonych trocinami lub słomą. Ryby pakowane w skrzynkach między warstwami lodu można było przechowywać nawet do wiosny. Było to rozwiązanie szczególnie przydatne dla tych, którzy sprzedawali ryby w mieście i musieli dowieźć towar w dobrym stanie.
Targowiska, skupy i handel wymienny – ryby w lokalnej gospodarce
Ryba była nie tylko pożywieniem, ale i ważnym towarem wymiennym. W zależności od okresu historycznego i położenia wsi część połowu trafiała na targ, do punktu skupu albo do sąsiadów w ramach barteru.
W mniejszych miejscowościach ryby sprzedawano na cotygodniowych jarmarkach. Rybacy przywozili je w wiklinowych koszach wyłożonych mokrą trawą lub w beczkach z wodą, jeśli chodziło o ryby żywe, takie jak karp czy szczupak. Na stołach pojawiały się całe stosy leszczy, płoci, sielawy, a od czasu do czasu okazałe sandacze. Targ odbywał się zwykle wcześnie rano – im wcześniej ktoś zajął miejsce i rozłożył towar, tym większa szansa na dobrą cenę.
W okresach, gdy rozwijały się miasta i ośrodki wypoczynkowe, istotną rolę odgrywały punkty skupu ryb. Tam przywożono większe partie połowu, ważono je na dużych wagach, a następnie ładowano na ciężarówki lub wozy zmierzające do przetwórni czy restauracji. Rybacy często narzekali na niskie ceny skupu i „dziwne” różnice w wadze między jeziorem a punktem odbioru, ale zbytu zwykle nie brakowało.
W czasach biedniejszych, gdy gotówka była rzadkością, kwitł handel wymienny. Rybę zamieniano na mąkę, ziemniaki, siano czy usługi – na przykład pomoc przy żniwach lub naprawę wozu. Dla mieszkańców uboższych gospodarstw parę świeżych leszczy oznaczało mięso na niedzielny obiad, a dla rybaka worek zboża na zimę.
W turystycznych rejonach Mazur już przed wojną istniał zwyczaj sprzedaży ryb „prosto z łodzi”. Gdy rybak wracał z nocnego połowu, na pomoście czekali stali klienci – karczmarz, gospodyni z pensjonatu, czasem żołnierze z pobliskiego garnizonu. Ustalone z góry „przydziały” trafiały do konkretnych odbiorców, a to, co zostawało, sprzedawano przy drodze lub na miejscu, od razu po wyjęciu z sieci.
Święta, posty i rodzinne obrządki związane z rybą
Ryba była mocno obecna w kalendarzu religijnym i rodzinnym. Dni postne oznaczały zwiększone zapotrzebowanie na ryby, a niektóre gatunki kojarzono z konkretnymi świętami. Wiele zwyczajów splatało się tu z tradycją mazurską, warmińską i pruską.
W okresach postu rybacy mieli więcej pracy. Gospodynie zamawiały wcześniej konkretne gatunki, zwłaszcza szczupaka i lina, z których przygotowywano dania na świąteczne stoły. Ryby faszerowane, galarety, zupy rybne – to wszystko wymagało świeżego surowca. Rybacy dobrze wiedzieli, że w określonych tygodniach roku mogą liczyć na lepszy zbyt, więc pilnowali sprzętu i łowisk szczególnie uważnie.
Osobną historię stanowią zwyczaje wigilijne i bożonarodzeniowe. W wielu mazurskich domach na stole musiała się znaleźć ryba z miejscowego jeziora – nie tylko karp, który upowszechnił się później. Popularne były smażone leszcze, okonie w galarecie, zupa z głów i kręgosłupów ryb smażonych wcześniej na obiad. Łuski wigilijnej ryby chowano do portfela „na pomyślność”, a ości zakopywano w ogrodzie, wierząc, że użyźnią glebę.
Z rybą wiązano również rozmaite drobne zabobony. Niektórzy rybacy unikali wypływania w jezioro w określone dni, jeśli „źle się zaczęły” – na przykład gdy przed wyjściem spadła im z dłoni pierwsza złowiona tego dnia ryba. Gospodynie nie wyrzucały resztek rybnych byle gdzie, lecz zakopywały je lub paliły, żeby „nie ściągać nieszczęścia na chałupę”.
W niektórych wsiach utrzymywał się także zwyczaj błogosławieństwa łodzi i sieci przed rozpoczęciem sezonu. Ksiądz raz w roku odwiedzał przystań, odmawiał modlitwę, kropił sprzęt wodą święconą. Dla wielu rybaków był to ważniejszy moment niż oficjalne otwarcie sezonu połowowego.
Rybacy i wędkarze w lokalnej społeczności
Ludzie żyjący z wody tworzyli specyficzną warstwę wiejskiej społeczności. Często pracowali wtedy, gdy inni spali, wracali z połowów o nietypowych porach, mieli własne zwyczaje i słownictwo. Budzili szacunek – bo znali jezioro jak własną kieszeń – ale też pewną nieufność: „on to więcej na wodzie niż na polu”.
W wielu wsiach można było spotkać rodziny „od zawsze” związane z rybą. Dziadek prowadził łódź, ojciec naprawiał sieci, a syn od najmłodszych lat uczył się wiosłować i rozpoznawać miejsca, gdzie „ryba stoi”. Zdarzało się, że chłopiec w wieku kilkunastu lat znał dokładniej linię brzegową jeziora niż drogę do sąsiedniej wsi. Dziewczęta zwykle mniej uczestniczyły w połowach, ale często odpowiadały za czyszczenie, solenie i przygotowanie ryb do sprzedaży.
Amatorscy wędkarze, szczególnie ci spoza wsi, byli traktowani z pewnym dystansem. Z jednej strony przynosili pieniądze – kupowali nocleg, żywność, czasem rybę „na pewniaka”, gdy sami mieli pecha nad wodą. Z drugiej – bywali posądzani o niszczenie tarlisk, płoszenie ryb lub nieznajomość miejscowych zasad. Stare powiedzenie głosiło, że „gość łowi dla zabawy, a swój dla garnka”.
Zdarzały się jednak przyjaźnie i długotrwałe znajomości między miejscowymi a przyjezdnymi. Rybak, który widział, że wędkarz szanuje wodę, nie śmieci, nie plącze się w sieci, czasem zdradzał mu lepsze miejscówki albo sprzedawał garść żywca na szczupaka. Wspólne siedzenie przy ognisku po udanym dniu na wodzie pomagało zasypywać podziały między „stąd” a „z miasta”.
Język, powiedzenia i przesądy ludzi jeziora
Codzienność nad wodą wykształciła własny język i powiedzenia. Wiele z nich znali tylko ci, którzy naprawdę pracowali na jeziorze. Łódź bywała „łódką”, „bączkiem” albo „batem”, wiosło – „piórem”, a sieć skrzelowa – po prostu „stawną” lub „stawem”. O dobrym łowisku mówiono, że to „miejsce, gdzie ryba stoi”, a o pustym – że tam jest „głucha woda”.
Rybacy chętnie posługiwali się też obrazowymi porównaniami. Jeśli ryba brała dobrze, mówiono, że „cięła jak głodny pies do miski”. Gdy noc była nieudana, nierzadko kończyło się na zdaniu: „woda nam dziś ślepa, jakby ją kto zaklinał”. Wiele takich określeń przechodziło z pokolenia na pokolenie, a dzieci nasiąkały nimi szybciej niż szkolnymi definicjami.
Z wodą wiązało się sporo przesądów i małych zakazów. Nie wszyscy na przykład zgadzali się, by na łódź zabierać kobiety w ciąży – obawiano się „złego losu na wodzie”. Źle widziano także głośne kłótnie na przystani przed wypłynięciem; sądzono, że hałas „psuje rybę” i lepiej przeczekać godzinę, niż wyruszać od razu po awanturze. Dla równowagi istniały też drobne rytuały „na szczęście”, jak dotknięcie masztu lub burt łodzi przed pierwszym zarzuceniem sieci.
Przemiany po wojnie i w czasach powojennej gospodarki
Po II wojnie światowej mazurskie jeziora weszły w nową epokę. Zmiany własności ziemi, przesiedlenia ludności, nowe przepisy – wszystko to odbiło się na sposobie łowienia i codziennym życiu nad wodą.
Wiele dawnych rodzin rybackich opuściło te tereny, a na ich miejsce przyjechali osadnicy z różnych regionów. Część z nich miała doświadczenie rybackie, inni dopiero uczyli się jeziora. Sieci, łodzie i miejsca połowów przechodziły z rąk do rąk, nierzadko bez spisanych umów, tylko na podstawie decyzji władz i ustnych ustaleń. Dotychczasowe niepisane zasady musiały się zmierzyć z nowymi realiami.
Równocześnie rozwinęły się rybackie spółdzielnie i państwowe gospodarstwa rybackie. Wprowadzono normy, przydziały, planowanie połowów. Część tradycyjnych metod – jak drobne żaki w każdym zakolu – zaczęto uważać za mało efektywne lub niezgodne z nowymi przepisami. Pojawiły się większe kutry, silniki spalinowe, nowe typy sieci, a z czasem także motorowe łodzie patrolowe kontrolujące przestrzeganie zasad.
Jednocześnie zaczęła się rozwijać turystyka masowa. Nad jeziora przyjeżdżało coraz więcej wczasowiczów, którzy chcieli nie tylko odpocząć, ale też spróbować swoich sił z wędką. Dla miejscowych oznaczało to nowy sposób zarobku – wynajem pokoi, łodzi, sprzedaż ryb „z pierwszej ręki”. Zaczęły powstawać pierwsze ośrodki wypoczynkowe z własnymi przystaniami, a przy nich pojawiali się instruktorzy wędkarstwa i organizowane wyprawy na jezioro.
Wraz z rozwojem przepisów ochrony środowiska i pojawieniem się nowoczesnych regulaminów wędkarskich wiele dawnych praktyk trafiło do lamusa. Ograniczono używanie niektórych rodzajów sieci w rękach amatorów, wprowadzono okresy ochronne, wymiar ochronny ryb, limity dobowego połowu. Dla starych rybaków, przyzwyczajonych do większej swobody, była to trudna zmiana, ale młodsze pokolenie szybciej godziło się z nowymi realiami.
Ślady dawnych praktyk w dzisiejszym wędkarstwie mazurskim
Mimo zmian technologicznych i prawnych, echo dawnych zwyczajów wciąż pobrzmiewa nad mazurskimi jeziorami. Wystarczy przyjrzeć się dokładniej, by dostrzec kontynuację starych rozwiązań w nowej formie.
Najczęściej zadawane pytania (FAQ)
Jak wyglądało wędkarstwo na Mazurach dawniej w porównaniu z dzisiejszym?
W przeszłości wędkarstwo i rybołówstwo na Mazurach były przede wszystkim sposobem na utrzymanie, a nie formą rekreacji. Zwykła wędka, sieci i niewielka łódź decydowały o tym, czy rodzina będzie miała co jeść, zwłaszcza zimą.
Dziś łowienie ryb kojarzy się głównie z turystyką, wypoczynkiem i weekendowymi wypadami na jeziora. Dawniej obowiązywały ścisłe zasady własności wód, liczyły się nadane prawa połowu, a obok zawodowych rybaków dopiero z czasem zaczęli pojawiać się nieliczni „wędkarze dla przyjemności”, głównie ziemianie i mieszczanie.
Jakie tradycyjne łodzie używane były przez mazurskich rybaków i wędkarzy?
Najbardziej charakterystyczną łodzią była jednostka klepkowa – drewniana łódź budowana z desek (klepek) łączonych na zakładkę. Wykorzystywano zazwyczaj sosnę lub świerk na poszycie oraz twardsze gatunki, jak dąb czy jesion, na elementy konstrukcyjne. Taka łódź była lekka, ale wytrzymała i dopasowana do warunków konkretnego jeziora.
Na mniejszych akwenach popularne były też proste łodzie płaskodenne, lokalnie nazywane m.in. „bajbokami”, prowadzone na pych przy pomocy długiego drąga. W najuboższych wsiach spotykało się jeszcze dłubanki – kadłuby wydrążone z jednego pnia drzewa, bardzo trwałe i odporne na uszkodzenia.
Jak dopasowywano kształt łodzi do mazurskich jezior?
Kształt łodzi był ściśle związany z charakterem danego akwenu. Na szerokich i płytkich jeziorach budowano łodzie o płaskim dnie i niewielkim zanurzeniu, aby nie szorowały po mieliznach i można je było łatwo wysunąć na brzeg.
Na głębszych jeziorach, z silniejszym wiatrem i wyższą falą, łodzie miały wyższe burty i bardziej uniesiony dziób. Pozwalało to lepiej przecinać fale i ograniczało zalewanie pokładu, zwiększając bezpieczeństwo rybaków podczas pracy.
Jakie było podstawowe wyposażenie dawnej mazurskiej łodzi wędkarskiej?
Na tradycyjnej łodzi zawsze znajdował się stały zestaw niezbędnych przedmiotów. Należały do niego m.in.:
- czerpak do wybierania wody z dna łodzi, najczęściej drewniany,
- prosta kotwica – od kamienia na linie po metalową kotwicę wieloramienną,
- bosak lub łopata (hook) do odpychania łodzi i manipulowania sieciami,
- skrzynka na drobny sprzęt (haki, żyłki, linki, narzędzia),
- latarnia lub kaganiec do nocnych połowów,
- wiadro – na ryby, żywca lub jako dodatkowy czerpak.
Na dłuższe wyprawy zabierano też prosty prowiant i coś do siedzenia lub leżenia na dnie łodzi, co pozwalało przetrwać wielogodzinne oczekiwanie na odpowiednią porę ściągania sieci.
Jakie zwyczaje i przesądy mieli dawni mazurscy wędkarze i rybacy?
Dawne mazurskie wędkarstwo obrosło licznymi zwyczajami i przesądami. Na łodzi obowiązywało specyficzne słownictwo i niepisane zasady zachowania. Przykładem może być zakaz gwizdania podczas połowu, który miał „przepędzać” ryby lub ściągać złą pogodę.
Popularnym rytuałem było wrzucanie pierwszej złowionej ryby z powrotem do jeziora – jako swoistej ofiary i „podziękowania” za udany połów. Wierzono, że taki gest zapewni powodzenie podczas dalszej pracy na wodzie. Część tych tradycji zanikła, inne funkcjonują do dziś, choć współcześni wędkarze często nie znają już ich pierwotnego znaczenia.
Kto dawniej mógł łowić ryby na Mazurach i jak regulowano dostęp do jezior?
Jeziora mazurskie miały konkretnych właścicieli – byli to chłopi, właściciele majątków ziemskich, klasztory, a w późniejszym okresie także państwo. Połowy odbywały się w ramach przyznanych praw, dzierżaw i przywilejów, co wpływało zarówno na skalę, jak i metody rybołówstwa.
Obok zawodowych rybaków istnieli drobni użytkownicy wód: miejscowi chłopi, rzemieślnicy oraz nieliczni wędkarze łowiący „dla przyjemności”. Ci ostatni rekrutowali się głównie z zamożniejszych warstw – ziemiaństwa i mieszczaństwa – i nie byli typowym obrazem mazurskiego wędkarstwa dawnych czasów.
Kluczowe obserwacje
- Dawne wędkarstwo i rybołówstwo na Mazurach było przede wszystkim zawodem i podstawą utrzymania, a nie formą rekreacji, decydującą o bycie całych rodzin i wsi.
- Mazurskie tradycje rybackie kształtowały się pod wpływem wielu grup etnicznych i osadniczych, co stworzyło lokalny, unikalny „kod” narzędzi, nazw i zwyczajów.
- Własność jezior oraz system przywilejów i dzierżaw silnie regulowały rybołówstwo, różnicując sytuację zawodowych rybaków, miejscowych chłopów i nielicznych wędkarzy „dla przyjemności”.
- Tradycyjne mazurskie łodzie klepkowe były budowane lokalnie „pod konkretne jezioro”, z uwzględnieniem głębokości, falowania i mielizn, co wpływało na kształt dna, wysokość burt i zanurzenie.
- Obok łodzi klepkowych ważną rolę odgrywały proste, płaskodenne łódki („bajboki”) i dłubanki, idealne do cichej pracy na płyciznach i w trzcinach, często napędzane na pych zamiast na wiosła.
- Dawne zwyczaje wędkarskie obejmowały bogaty zestaw przesądów i rytuałów (np. zakaz gwizdania, oddawanie pierwszej ryby jezioru), z których część w zmienionej formie przetrwała do dziś.
<li.Surowe warunki przyrody (długie zimy, lód, burze, płycizny) wymuszały projektowanie sprzętu – zwłaszcza łodzi – jako jednocześnie lekkiego, mobilnego i odpornego.






