Polish Czech English French German Italian Portuguese Russian Spanish Turkish

Ryba życia

09. 05. 30
Wpis dodał: Kulashaker
Odsłony: 6870
mirekTydzień wcześniej na imprezie zorganizowanej z okazji dni Sztumu spotkałem Przemka, kolegę z którym dawniej często wędkowałem. Rozmawialiśmy przy piwie o pracy, studiach i innych podobnych troskach. Z czasem rozmowa przeszła na poważniejszy temat, oczywiście mam tu na myśli wędkarstwo :-) Okazało się, że Przemek ma na tym polu spore zaległości (praca...). Umówiliśmy się więc na przyszłą sobotę na wspólne wędkowanie z mojej łajby. Miejscem bitwy miało być j. Sztumskie. 
 
Jest to jezioro rynnowe, które swemu pochodzeniu zawdzięcza dość znaczne ( biorąc pod uwagę wielkość zbiornika ) głębokości osiągające grubo ponad 20m. Gospodarzem wody jest PZW więc dodatkowym atutem jest brak odłowów sieciowych. Wadą natury estetycznej jest lokalizacja - wzdłuż północnego brzegu widoczne są miejskie zabudowania. Ze względu na presję wędkarską i sporą głębokość akwenu nie jest łatwo o konkretną zdobycz. Wszelkie niedogodności rekompensuje jednak przyzwoita populacja szczupaka i po dokładniejszym poznaniu wody można coś tam wydłubać. W każdym sezonie wędkarze łowią troche sporych szczupaków, czasem nawet przekraczających magiczną granicę 1m.
 
W sobotę spotykamy się o 5.00. Godzina niby wczesna, ale nie chcemy, aby ktoś uprzedził nas na konkretnych miejscówkach. Inna sprawa, że "kto rano wstaje...". Dziesięć minut później jesteśmy już nad wodą, pakujemy graty do łodzi i wio. Pogoda bardzo ładna, czyste niebo, gwiazdy... No i lekki wiaterek powodujący nieznaczne pofalowanie tafli wody. 
 
1_mirek
Kurs na przeciwległy brzeg - w miarę "dziki" i umożliwiający spokojne wędkowanie.
 
Na początek postanowiliśmy obłowić kamienny stok w poszukiwaniu sandaczy. W ruch idą różnej maści gumy, ale przez około 30 minut nic się nie dzieje. Nie nudzimy się jednak. Wspominamy dawne wypady, złowione ryby no i oczywiście niedoszłe zdobycze, które po wygranej walce pozostawiały na naszych twarzach głupawe miny. W zasięgu wzroku mamy kolejne łowisko - niewielka zatoczka.  
 
2_mirek
Dzień wcześniej podczas krótkiego, popołudniowego wypadu miałem tam dwa spudłowane pobicia, więc jesteśmy pełni nadziei. Kilka machnięć wiosłami i jesteśmy na miejscu. Zmieniam zestaw na moją cudowną jerkówkę, a na agrafce wieszam slidera 10 S. Przemek jeszcze nie należy do "zarażonych" jerkowaniem i pozostaje przy gumach i większych obrotówkach. Póżniej przyznał mi, że uznał mój zestaw za jakieś dziwadło... z czasem jednak zmienił zdanie :-) . Ustawiamy łódz jakieś 10 metrów od trzcin na skraju zatoczki i zaczynamy dokładne obławianie w powolnym dryfie. Kolega eksperymentuje z różnymi przynętami, ja pozostaję wierny sliderowi. Kombinuję jedynie ze sposobem i głębokością prowadzenia wabika. Około 7.00 efekt przynosi szybkie, agresywne podszarpywanie przynęty prowadzonej w połowie wody ( w tym miejscu było jakieś 3m głębokości ). Branie nie porażało, takie sobie przytrzymanie... Kwituję je energicznym zacięciem i spokojnym głosem informuję Przemka, że mam kilówkę. Ryba pozwoliła się spokojnie holować przez jakieś 10 metrów ( w tym czasie "urosła" 1-2 kg ). Było w tym wszystkim jednak coś dziwnego - szczupak (w tym momencie pojawiły się wątpliwości, czy to aby na pewno szczupak) zachowywał się dość leniwie i kurczowo trzymał się dna. W każdej chwili spodziewałem się efektownej świecy, ale nic z tego. Po chwili ryba była już 3 metry od łodzi i wciąż ani myślała pokazać się nam na powierzchni. To co stało się sekundę póżniej będę pamiętał do końca życia. Tuż obok burty pojawił się potężny wir, a w jego centrum wielka płetwa ogonowa ryby. A jednak szczupak i to ogromny! Podczas gdy ja prawie zasłabłem z wrażenia, szczupak na dobre się rozkręcił. W kolejnych minutach trochę ochłonąłem. Czas ten upłynął na kilkunastometrowych ucieczkach i mozolnym odzyskiwaniu linki. Mocny sprzęt ( Wędzisko Team Dragon 30-70g, Abu C3 4601 i plecionka o mocy 24lb ) w połączeniu z zachowaniem ryby ( szczupak jakoś nie kwapił się do wyskoków ) pozwoliły na forsowny, siłowy hol. Hamulec miałem dokręcony na tyle mocno, że w momentach odjazdów łódź powoli sunęła w kierunku ryby (dość niezwykłe przeżycie). Po którymś z rzędu podholowaniu w pobliże łodzi, pokazał się w całej okazałości: jest piękny, prawdziwy olbrzym. I kolejny raz poczułem, że nogi mam jak z waty... Następny etap holu rozegrał się już przy łodzi. Czas poluzować nieco hamulec. Na zmianę wpływał pod lodź i krążył dokoła niej. Dwa razy myśleliśmy, że jest już "gotowy", ale sekundę później z impetem znikał z oczu. W końcu znalazł się przy burcie i tym razem był to już koniec walki. Niestety nie mieliśmy gripa i trzeba było podebrać go ręcznie. Przymierzyłem się do niego ręką . Musiało to wyglądać nieco groteskowo, ponieważ nie byłem w stanie nawet objąć jego karku, nie mówiąc już o pewnym chwycie. Jedną rękę wkładam pod skrzela, drugą wciąż trzymam wędzisko ( przeszło mi przez myśl, że jeśli odłożę ją na bok a ryba się wyrwie to prawdopodobnie odpłynie z moim kochanym kijkiem...). Wolę sam podbierać swoje ryby, ale tym razem pomoc była niezbędna. Przemek chwyta za drugą pokrywę skrzelową i wspólnymi siłami windujemy go do łodzi. Jest bardzo gruby i ciężki. 
 
3_mirek
 
W blasku słońca wiszącego nad okolicznymi polami wygląda cudownie. Szybkie mierzenie wskazuje 111cm. Przemek szacuje, że ma dobrze ponad 10 kg. Jeszcze kilka fotek i jest po wszystkim.  
 
4_mirek
Dopiero wtedy dotarło do mnie dokuczliwe pieczenie dłoni i zobaczyłem kapiącą krew - skutek nieumiejętnego podebrania. Po opanowaniu emocji kontynuujemy wędkowanie, lecz bez większych sukcesów. Jakoś ciężko jest się skoncentrować mając przed oczami tak świeże wspomnienie niezwykłej walki. Czas spływać do domu...
 
Łukasz "mirek" Mirecki 

Partnerzy

https://www.moczykije.pl/wyprawy-wedkarskie/278-ryba-zycia.html
Do góry