Drukuj

Zimowa troć

08. 01. 31
Wpis dodał: Kulashaker
Odsłony: 7364
trotka
 
Jest taka grupa ludzi, którym Nowy Rok kojarzy się jednoznacznie. Mroźny, cichy styczniowy poranek nad spowitą lekką mgiełką trociową rzeką. Ten obraz jawi mi się przed oczami tym mocniej im bliżej do godziny zero.
 
    Łowienie troci to chyba najcięższa forma naszej choroby zwanej wędkarstwem. Jedziemy często setki kilometrów, brniemy w głębokim śniegu, przedzieramy się przez chaszcze, pokonujemy rozlewiska, rowy, bagna obładowani sprzętem. Mimo ujemnej temperatury powietrza pot zalewa nam oczy. Wszystko to dla jednej jakże ulotnej chwili-spotkania z Królową Pomorskich Rzek.
 
    Wydaje się że o łowieniu troci napisano już wszystko. Artykuły w prasie wędkarskiej, książki, ba-doczekaliśmy się nawet monografii na ten temat. Naładowani teorią z wielkim podnieceniem ruszamy na łowy tworząc sobie w wyobraźni coraz atrakcyjniejsze scenariusze holów wielkich ryb. Wszystko byłoby piękne gdyby nie twarde zderzenie teorii z rzeczywistością. Złowienie troci „ot tak z marszu” zdarza się tylko nielicznym szczęśliwcom. Znacznie częściej rybę trzeba wychodzić-setki godzin, dziesiątki kilometrów, tysiące rzutów. 
 
    W wędkarstwie piękne jest to, że nie istnieją schematy. Czasami odejście od ogólnie przyjętych zasad może zaowocować ciekawym odkryciem. Ja chciałbym się z wami podzielić moim najnowszym odkryciem, które pozwoliło mi spojrzeć na łowienie troci z nowej perspektywy - Sting 9 firmy Salmo. O ile słyszałem o łowieniu troci na tą przynęte w morskim trollingu, o tyle przy połowach rzecznych wobbler ten wydaje się być typowo nie trociowy. Bullhead, Executor, Hornet, Minnow – owszem, wielu z nas łowiło na nie upragnione okazy ale Sting? Delikatna praca, kształt, płytkie zanurzenie wydają się mocno odstawać od trociowych kanonów. Dla mnie właśnie te cechy stanowią o jego skuteczności. Zapytacie: Dlaczego? Już tłumaczę. 
 
Delikatna praca i kształt 
 
    Każdy wie jak wyglądają pierwsze dni stycznia nad np. Słupią. Setki wędkarzy, 90% łowi na wobblery. Jakie? Agresywne, głęboko nurkujące, w żarówiastych kolorach. Po wielu kontaktach z taką przynętą nawet chętne do brania ryby staja się ostrożne. Zupełnie odmienna praca Stinga i jego kształt dają szanse, że ryba nie skojarzy go z kolejnym niebezpieczeństwem. 
 
Płytkie zanurzenie 
 
    Ile razy wkurzałem się przy obławianiu płytkich keltowych prostek usianych na dnie patykami i innymi śmieciami kiedy mój Bullhead grzązł w zaczepie lub łapał paprochy na duży ster oraz kotwice i przestawał pracować. Ze Stingiem ten problem nie istnieje. Prowadzony metr, półtora pod powierzchnią pięknie omija wystające z dna przeszkody a jednocześnie przepływa na tyle blisko potencjalnych stanowisk ryby aby skutecznie sprowokować atak. Druga sprawa to fakt , że na początku sezonu osłabione trocie często zajmują nietypowe miejsca na płyciznach blisko brzegu. Wystarczy trochę zielska, mały krzaczek lub cokolwiek innego będącego namiastką kryjówki. Spróbujcie obłowić takie miejsce. Sting nadaje się tu idealnie. Jeśli taka miejscówka jest pod drugim brzegiem z którego nie można jej obłowić ze względu na brak dostępu to przykładam się do niej maksymalnie. Prowadzę wtedy Stinga na dużym „brzuchu” linki tak aby jak najdłużej spływał wzdłuż brzegu „z prądem”. Podobnie obławiam leżące wzdłuż nurtu drzewa, płytkie zatoczki w wysokich burtach oraz jeszcze jeden typ miejsca w którym lubi stać troć – kołki podtrzymujące umocnienia brzegowe. W takich miejscach ryby stoją często w pół wody – sam widziałem kiedyś ok.3 kg sztukę schowaną pod falującym między kołkami warkoczem zielska na głębokości 70 cm choć do dna było drugie tyle. Prowadzony wolno sting pracuje na optymalnej głębokości, nie nurkuje do dna czyli w tym wypadku poza zasięg wzroku ryby. 
 
    Jest jeszcze jedna osobliwa rzecz w tym woblerze – grzechotka. Jakby nie było to dodatkowy bodziec działający na linię boczną. Niektórym może się to wydać wątpliwe, ja w to wierzę , a jak wiemy wiara podnosi skuteczność przynęty. 
 
    A teraz jeszcze trochę statystyki dla ewentualnych sceptyków. Na siedem dni spędzonych na początku minionego sezonu nad Słupią miałem na Stinga pięć naprawdę dużych ryb – niestety wyjąłem tylko dwie:93 i 95 cm , dwie wygrały przez moje błędy w holu, a jedna która wyprawiała co chciała i (mimo mocnego sprzętu) przetarła plecionkę. Nikt mi nie powie że ten wynik to kwestia przypadku, tym bardziej że brania za każdym razem następowały po uprzednim soczystym obłowieniu miejsc innymi przynętami. 
 
    Oczywiście są miejsca w których Sting nie będzie optymalnym wyborem: głębokie rynny, wlewy, doły ze wstecznymi prądami, przepastne podmycia na zakrętach. Cóż, mój ulubiony Bullhead tylko czeka w pudełku! 
 
    Troć to ryba dla wytrwałych. O sukcesie nader często decyduje szczęście. Naturalnie praktyka czyni mistrza ale Królowa potrafi zaszczycić braniem i starego wygę i nowicjusza. Jedno jest pewne – tych nielicznych chwil danego od losu szczęścia nie zapomina się do końca życia! 
 
rybamiesiaca
 
Mariusz Warda